Zaburzenia odżywiania

Zaburzenia odżywiania- jak było

Są dwa takie wydarzenia. które miały miejsce w moim życiu i, które to moje życie zdeterminowały. Konsekwencje tych zdarzeń miały wpływ na to jakim teraz, po wielu latach, jestem człowiekiem. Wiem, że byłabym zupełnie inna, gdyby jedno i drugie nie miało nigdy miejsca. Nie wiem jaka bym była, nie wiem czy lepsza czy gorsza, czy szczęśliwsza (tak!), a może doszukiwałabym się smutków w banalnych sprawach i byłoby ze mną gorzej niż jest teraz?
Pierwsza “rzecz” wydarzyła się 4 lata przed drugą i choć trwa do dziś to myślę, że jest już nareszcie w końcowej fazie istnienia w moim życiu.
A przydałoby się, bo towarzyszy mi już długo…


Chcę to miejsce potraktować trochę jako mój spowiednik, pisać gdy mam kryzys, notować co robię źle, co już lepiej, i mam nadzieję, że przyda się to nie tylko mi, do wyłapywania własnych błędów, ale i innym chorym, którzy być może tutaj trafią.
Bo to choroba jest, od pierwszego sygnału, od pierwszego złego zachowania, pierwszej negatywnej myśli w głowie jest to choroba. U jednych trwa chwilę, choć pozostawia ślad na długo, inni walczą z nią wiele lat.
U mnie trwa już pół mojego życia. 16 lat.
A nazywa się Bulimia.
I zanim zacznę pisać tutaj o moich sukcesach czy kryzysach, opiszę w miarę krótko jak bulimia pojawiła się w moim życiu…

Szczerze mówiąc nie chce mi się dokładnie przywoływać tutaj tych lat z chorobą, ale początek jest dosyć ważny.
Zaczęło się od odchudzania w okresie dojrzewania, zanikiem miesiączki i leczeniem hormonami, które wywołały niepohamowany apetyt i przyrost wagi. Byłam tuż przed pierwszą klasą szkoły średniej, na początku wakacji, miałam 2 miesiące na schudnięcie, bo przecież nie pokażę się tak w nowej szkole.
Ale znowu zjadłam za dużo…
Rodzicie poszli na spacer do lasu, co nie zdarzało się prawie nigdy, to był szczęśliwy dzień w domu, fajna atmosfera, co też było rzadkością. A ja, jak tylko wyszli, zamiast cieszyć się tą miłą atmosferą, wyjęłam miskę i zwymiotowałam na środku kuchni. Pierwszy raz w życiu. Straszne było to, że przyszło mi to z łatwością, że poczułam ulgę i od razu pomyślałam, że jest to okropne, ale chyba nie uda mi się od tego powstrzymać następnym razem.
Następne kilka miesięcy było bardzo ciężkie, najgorsze! Zaczęły się napady, potężne napady, wydawanie kasy na słodycze, które potem lądowały w kiblu. A nie tak to miało wyglądać! To miał być ratunek w sytuacjach kiedy zdarzy mi się zjeść za dużo, a nie lekarstwo na specjalnie aranżowane napady, które dawały mi chwilową ulgę, a potem i tak kolejną dawkę nienawiści do siebie.
Nie schudłam ani grama, jeszcze przytyłam i walczyłam z chorobą w najgorszej fazie przez całe 4 lata technikum.
Nikt w szkole nawet się nie domyślał, że mam problem, bulimiczki potrafią się kamuflować tak, że każdy myśli, że to najczęściej bardzo szczęśliwe osoby.
Wiedziała tylko mama, przed nią nie udało mi się ukryć cierpiącej duszy. Zapisała mnie na terapię, ale wtedy miałam siano w głowie, a i terapeutka nie była trafiona. Byłam przekonana, że wracanie do dzieciństwa i doszukiwanie się problemów we wszystkim, tylko nie w chęci schudnięcia, nie ma sensu (a najbardziej w kiepskich relacjach z ojcem co okazało się nietrafione). I dalej tak myślę. Dalej uważam, że to moja głupia chęć schudnięcia i przyjmowane hormony zaburzyły mi równowagę i zapomniałam co to znaczy jeść intuicyjnie, ale dopiero po kilku latach, na kolejnej terapii dotarło do mnie, że trzeba zbadać dlaczego chciałam się odchudzać mimo, że nie miałam z czego, dlaczego nie akceptowałam siebie i co odreagowuję napadami.


Do terapii dojrzałam dopiero po 4 latach choroby, poprosiłam mamę żeby sama mnie na nią zapisała i poszła ze mną na pierwsze spotkanie. Ja, wtedy już 20 latka zrzuciłam całą robotę na mamę, a ona oczywiście bardzo szybko ogarnęła temat.
Terapia indywidualna z panią Kasią okazała się strzałem w dziesiątkę, choć nie obyło się bez spięć. Bo pani Kasia od razu zauważyła, że to nie tyle problem z ojcem, a z mamą…
Z mamą?? Czyś ty babo oszalała?! Ja mam najlepszą mamę na świecie! Jesteśmy przyjaciółkami, wspieramy się, wszystkie koleżanki zazdroszczą mi, że mamy tak dobre relacje, że tyle rzeczy razem robimy, podczas gdy ich mamy nie mają czasu, że mnie chwali i uważa za najlepszą córkę na świecie…
Wyszłam tego dnia z terapii wkurzona jak nigdy, a gdy ochłonęłam zaczęłam na nowo przyglądać się temu co pani K zasugerowała. I dotarło do mnie, że ma rację…Moje relacje z mamą były…zbyt bliskie. Obie uzależniłyśmy się od siebie, obie oczekiwałyśmy wsparcia- ja przy moich problemach z chorobą, w szkole, z koleżankami- ona głównie przy kłótniach z ojcem.
Dotarło do mnie, że przy całej wspaniałości naszych relacji i całej naszej miłości do siebie, są sprawy, które powinnyśmy rozdzielić- ja powinnam sama umówić się na terapię i załatwiać pewne trudne dla mnie sprawy, a mama powinna sama rozmówić się z ojcem.
Niby miałam dużo wolności bo mama pozwalałam mi na wszystko, wręcz namawiała mnie do wychodzenia ze znajomymi czy zrobienia jakichś “szalonych” rzeczy typu tatuaż czy kolczyk w pępku, ale z drugiej strony ja szalona nie byłam i obie wiedziałyśmy, że z jej propozycji nie skorzystam. Za to to mama była pierwszą osobą, do której dzwoniłam po szkole czy po pracy i to ja byłam pierwszą osobą, do której ona dzwoniła, mimo że mieszkałyśmy razem i każdego dnia spędzałyśmy ze sobą już i tak sporo czasu.
Po terapii dotarło do mnie, że kocham mamę nad życie i cieszę się, że mamy tak dobre relacje ale…musimy je trochę rozluźnić, musimy zacząć żyć samodzielnie…


Nie, nie postanowiłam się wyprowadzić, postanowiłam pogadać z mamą i ustalić pewne zasady. Dla jednych zabrzmi to śmiesznie, ale dla nas było dosyć brutalne, bo pierwsze trzy zasady dotyczyły zaprzestania ciągłego wydzwaniania do siebie, zostawienia części moich spraw tylko mi i kłótni z ojcem tylko mamie.
Do dzwonienia szybko się przyzwyczaiłyśmy i w końcu gadałyśmy przez telefon o konkretach a pierdoły zostawiałyśmy na pogaduchy w domu. Ja nareszcie poczułam, że przejmuję kontrolę nad swoim życiem przestając “zlecać” odwalenie pewnych spraw mamie, a mama, mimo początkowego szoku a nawet pretensji, że nie wspieram jej przy kłótniach z ojcem…przestała się z nim kłócić xD
Okazało się, że to ona, sfrustrowana kiepską sytuacją w domu, wywoływała 90% kłótni, a gdy dotarło do niej, że ja w tym nie będę uczestniczyć i nie stanę po niczyjej stronie, uspokoiła się i nareszcie zaczęła podchodzić do życia z ojcem z dystansem, można powiedzieć nawet, że na luzie.
Po raz pierwszy w domu zaczęła panować fajna atmosfera, obie stałyśmy się silniejsze i tak naprawdę związałyśmy się bardziej ale na innych, zdrowych zasadach. Już nie bałam się, że mama nie da sobie rady beze mnie i na odwrót. Z bulimią było lepiej, choć napady cały czas się zdarzały, ale pracowałam nad tym i po raz pierwszy zaczęłam szczerze rozmawiać z mamą (bo przecież wcześniej chroniłam ją przed najbrutalniejszymi faktami).

Terapia indywidualna dobiegła końca ale pani Kasia od razu zaproponowała mi terapię grupową jako kolejny krok. “Będziemy dalej pracować nad twoimi relacjami z mamą i z jedzeniem ale poznasz historie innych ludzi i mimo, że to będą z pozoru inne problemy niż twoje, to zobaczysz jak wiele z nich wyniesiesz”.
Na pierwsze spotkanie nie dotarłam, minęłam ośrodek, wysiadłam kilka przystanków dalej pod Biedronką, kupiłam żarcie i zjadłam je w drodze powrotnej do domu. Czułam się jak śmieć. Czułam, że cofnęłam się do początku. Bałam się kontaktu z nowymi ludźmi…
Ale na drugie spotkanie zmusiłam się, dotarłam i okazało się, że terapia grupowa jest wspaniała.
Przez dwa miesiące wysłuchiwałam innych ludzi i mimo, że na każdym spotkaniu “pracował” ktoś inny a nie tylko ja, to tak jak powiedziała pani Kasia, wynosiłam z ich historii i zachowań wiele cennych informacji dla siebie. Oni też starali się dawać mi rady, komentowali to jak żyje nam się teraz z mamą, mówili, że jest coraz lepiej i ja też to czułam.
Te 2 miesiące to był najlepszy okres w moim życiu z chorobą, w moich relacjach z mamą i ojcem, w moim życiu rodzinnym.

Później nastąpiło “to drugie”, które zdeterminowało całe moje życie, to co miało jeszcze większy niż choroba wpływ na to jakim człowiekiem jestem teraz w wieku 31 lat…

Po 2 miesiącach, zaraz po świętach w grudniu 2008 roku, przyszłam na terapię tylko na chwilę.
Prosto ze szpitala, w spazmach, przy niekontrolowanym drżeniu całego ciała, chciałam poinformować grupę, że mama miała wypadek.
Tydzień później, już w styczniu, wymamrotałam jedno zdanie: “Jutro wypiszą akt zgonu, później pobiorą jej organy”. W kolejnym tygodniu nie powiedziałam już nic.


Moja terapia, z zaburzeń odżywiania i pracy nad relacjami z mamą, przekształciła się w terapię radzenia sobie po przerwaniu tych relacji, po jej śmierci.
I tylko dzięki terapii jestem tu teraz i piszę o tym wszystkim.
I właśnie coś do mnie dotarło.
Gdybym nie zachorowała na bulimię, nie poszłabym na terapię i nie miałabym żadnego wsparcia po śmierci mamy, żadnego przygotowania na to co się będzie ze mną działo podczas przeżywania żałoby. Wiem, że nie byłabym wstanie zapisać się na terapię sama i, że zrobiłabym to co chciałam zrobić kilka razy, ale pani Kasia mnie uprzedziła i przygotowała na samobójcze myśli.
Bez terapii już od 10 lat nie byłoby mnie tutaj.
Bulimia uratowała mi życie.
Paradoks…niesamowity paradoks, który uświadomiłam sobie dopiero teraz…


2 komentarze

  • Ola

    “Piękna” historia. Obserwując Cię na ig nie sądziłam, że tyle przeszłaś. Sama chodziłam na terapię z powodu rodziców alkoholików. Wiem co czujesz pisząc jak było Ci ciężko. Bardzo Cię polubiłam i jestem dumna jak długą drogę przeszłaś. Pozdrawiam, trzymaj się ciepło 😘

    • magdalena

      Dzięki Olu! A no najczęściej jest tak, że nie mówimy o wszystkim, łatwiej jest mi wiele spraw opisać niż mówić o nich w stories, dlatego założyłam bloga;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *