Zaburzenia odżywiania

Zaburzenia odżywiania- jak jest teraz

W poprzednim poście pisałam o tym kiedy i dlaczego pojawiły się u mnie zaburzenia odżywiania i o terapiach, które przeszłam.
Dziś powiem jak to wygląda teraz, czyli po 16 latach z chorobą i dlaczego ostatnią terapię zakończyłam 10 lat temu i już w żadnej nie uczestniczyłam.

10 ostatnich miesięcy terapii polegało na analizowaniu etapów żałoby i moich reakcji po odejściu mamy. A bulimia? Bulimia była ostatnim tematem, który mnie wtedy obchodził, niezależnie od tego czy występowały jej objawy czy nie.
Ostatnią rzeczą o jakiej myślałam to robienie czegoś dla siebie i dla swojego zdrowia. Na terapię chodziłam, bo pomagała mi przetrwać najgorsze momenty i wyjaśniała dlaczego jednego dnia płaczę za mamą a następnego nienawidzę jej.
Był to też taki okres w moim życiu, kiedy byłam non stop chora, przeziębiona i jednocześnie nie robiłam nic aby ten stan poprawić- jadłam byle co, mało spałam, nie chodziłam do lekarza. Ewentualne napady obżarstwa zakończone wymiotowaniem były wtedy dla mnie totalnym banałem w porównaniu do tego piekła, które przeżywałam każdego dnia budząc się rano i przypominając sobie, że mamy już nie ma.
Pod koniec 2009 roku terapia dobiegła końca, mój ośrodek przeniesiono w inne miejsce i od października miała ruszyć kolejna grupa, ale ja już się na niej nie zjawiłam. Stwierdziłam, że nie dam rady od nowa opowiadać o tym piekle jakim wtedy było moje życie.

Długo musiałabym pisać o tym co się ze mną działo po stracie mamy i napiszę, bo mam taką potrzebę, ale nie dzisiaj. Dziś skupiam się na bulimii, która trwała sobie w najlepsze, ale ja przestałam się nią przejmować i robić cokolwiek aby nad nią zapanować. Nie obchodziło mnie moje zdrowie, to jak wyglądam i jaki wpływ ma na mnie choroba. Wegetowałam, żyłam ale bez rozwijania się, czekałam na cudowne przebudzenie. I ono nastąpiło…po 6-7 latach…

Dopiero w 2015- 2016 roku zaczęłam znowu dbać o siebie, o swoje zdrowie fizyczne i psychiczne. Straciłam wiele lat, podczas których i paliłam i piłam więcej niż powinnam, i wyniszczałam się wymiotami. Ale w końcu zaczęłam się budzić…
Nie chciałam wracać na terapię, myślałam, że i tak nie mam takiej możliwości mieszkając w Oslo, bo tutaj to drogi interes a ja nie zarabiałam wcale zbyt dużo. Stwierdziłam, że dam sobie radę sama wyciągając wnioski z tego, czego już się na terapiach nauczyłam o sobie.

Jeśli masz zaburzenia odżywiania musisz zrozumieć jedno- zdrowienie to długi proces. Nie da się wyzdrowieć “od jutra”. Możesz sobie obiecać, przyrzec na życie swoje i bliskich, że już nigdy nie zwymiotujesz/nie objesz się/nie zaczniesz się głodzić, ale to tylko pogłębi twoje wyrzuty sumienia i nienawiść do siebie gdy tej przysięgi nie dotrzymasz.


Mój proces zdrowienia rozpoczął się w momencie, gdy zrozumiałam, że jestem chora i że napady będą się zdarzać. Każdy napad jest elementem procesu wychodzenia z bulimii, wszystkie myśli po napadzie, zebrane do kupy, odpowiadają na pytania dlaczego to się stało, i co mogę zrobić następnym razem aby sytuacja się nie powtórzyła. Dzięki temu przestałam traktować “zawalone dni” jako coś najgorszego co mnie spotyka, a jako coś co przybliża mnie do wyzdrowienia. Taki kolejny paradoks “mojej bulimii”, nie nauczę się sobie z nią radzić jeśli napady po prostu zanikną zanim dowiem się wszystkiego o przyczynach ich występowania…
Ale dzięki temu paradoksowi właśnie przez ostatnie 3-4 lata napady zdarzają mi się coraz rzadziej. Zaczęłam nazywać je epizodami i jeśli tylko się pojawią, będę je analizować tutaj. Dla siebie na przyszłość i dla innych, którzy jeszcze nie są na tym etapie zdrowienia co ja, aby pokazać Wam, że można, że się uda, trzeba tylko zmienić podejście…

Czy uda się wyjść z choroby całkowicie na własną rękę? Moim zdaniem nie.
Pamiętam, że sama do niedawna bardzo irytowałam się, gdy ktoś, słysząc o moich problemach, mówił “idź na terapię”. Drażniło mnie to tylko wtedy, gdy mówiły to osoby, których problem nigdy nie dotyczył. A mnie dotyczy i ja też powiem- idź chociaż raz do psychologa!
Nie mam obecnie potrzeby powrotu na terapię zaburzeń odżywiania, ale mam ogromną ochotę wrócić na terapię ogólną, taką o Magdzie jako Magdzie z całym bagażem doświadczeń, a nie tylko z bulimią na karku.
Ale myślę, że uczestniczenie chociaż raz w terapii zaburzeń odżywiania jest konieczne! Tylko terapia naprowadzi Was na prawdziwe możliwe przyczyny choroby i pokaże jak analizować momenty Waszego życia, w czasie których choroba daje najbardziej w kość.
Żadna najmądrzejsza książka Was tego nie nauczy, tyko rozmowa ze specjalistą.


Bulimia w moim życiu ma coraz mniej miejsca. Bywa, że na 2-3 miesiące o niej całkowicie zapominam, ale bywa też, że powraca.
Kiedyś odreagowywałam jedzeniem złe emocje, a wymioty pomagały mi się z tych emocji oczyścić. Teraz to się bardzo rzadko zdarza.
Napady, czyli pożeranie dużych ilości niezdrowego, kalorycznego jedzenia, jeśli już mają miejsce, nie wyglądają nawet odrobinę tak jak kiedyś.
Kiedyś PRZYGOTOWYWAŁAM napady robiąc zakupy. Planowałam co i kiedy zjem, a raczej pochłonę, bo ja nawet smaku często nie czułam.
Teraz nie pamiętam kiedy ostatnie takie planowanie miało miejsce.
Jeśli wymiotuję, a niestety zdarza mi się to kilka razy w roku, to najczęściej po całkiem zwykłym jedzeniu, którego po prostu zjadłam za dużo/ po którego zjedzeniu czułam dyskomfort. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest normalne i że ma to podłoże w tym jak odbieram siebie, swoje ciało, czy czuję się dobrym, czy złym człowiekiem. Bo są takie dni kiedy myślę, że jestem zajebista. Serio, czuję się dobrze w swojej skórze, podobam się sobie, uważam, że jestem mądra, fajna itd. Ale są i takie dni, kiedy moja kondycja fizyczna i psychiczna spada. Moja psychika cierpi, gdy mam jakieś problemy z ludźmi, gdy ktoś w pracy źle na mnie działa, gdy mam jakiś trudny problem do rozwiązania- ale wtedy przeważnie zapominam o jedzeniu i nie czuję głodu. Moja kondycja fizyczna spada, gdy źle planuję posiłki. Nie uważam siebie za osobę grubą. Nie wiem ile ważę, choć mam wagę w domu. Nie interesuje mnie to ile ważę ale jestem bardzo wrażliwa na to jak się czuję. Każde, nawet najdelikatniejsze opuchnięcie ciała, każde złe dobranie jedzenia, które sprawia, że czuję się ciężko, każdy ewentualny dyskomfort po jedzeniu, czy zbyt długie siedzenie/leżenie bez ruchu, takie “zastanie się” mięśni- to wszystko sprawia, że zaczynam się źle czuć w swoim ciele, tak ciężko…i wtedy chcę się natychmiast pozbyć balastu.
Oczywiście staram się to zwalczyć, idę na spacer, zaczynam sprzątać, ruszać się itd, ale jeszcze nie zawsze mi się udaje.
Dlatego staram się odżywiać tak aby mój organizm mi za to dziękował dobrym samopoczuciem. Poznaję produkty, które mi służą i cierpię czasem zanim wyeliminuję to czego jeść nie mogę, co źle na mnie działa.
Wiem, że podstawą do mojego wyzdrowienia jest jedzenie, które mnie odżywia, jest duża ilość wypijanej wody, jest pozytywne myślenie o sobie i bycie w ruchu. Czasem traktuję to wszystko jako eksperyment, sprawdzam jak zmiana sposobu odżywiania, jak wprowadzenie lub usunięcie jakiejś aktywności na mnie podziała.

Idealne zdjęcia, idealne konta, idealne sylwetki, sportsmenki nawołujące do ćwiczeń, podczas gdy ja po pracy serio nie-mam-siły-ani-ochoty-ćwiczyć. To jest coś co od dłuższego czasu źle na mnie działało. Tak jak kiedyś zdjęcia aniołków wiktoriassikret czy co to było. Ileż ja wyrzutów sobie robiłam, że nie ćwiczę skalpela, że dupa mi się trzęsie i opada a Choda ma taką zajebistą. Ile czasu minęło zanim dotarło do mnie, że to wcale nie znaczy, że jestem gorsza bo mam inny tyłek niż laski, które mają zajawkę na ćwiczenia. Teraz wiem, że nie jestem, ale unikam takich idealnych profili, coby nie kusić losu i nie sprawdzać ciągle mojego poczucia własnej wartości. Coby spokój mieć.

Pisanie o bulimii jest bardzo…jest cholernie upokarzające. Wstydzę się tej choroby, boję się, że znajomi przeczytają, boję się, że ktoś popatrzy na mnie tak jak ja przez wiele lat patrzyłam na siebie- z obrzydzeniem. Ale wiem, że takich osób jak ja są tysiące. I one też się wstydzą, też nikomu się nie przyznają.
Tak, zdarza mi się rzygać, napisałam, ze kilka razy w roku ale pewnie kilkanaście. Piszę o tym, bo kiedyś było kilkaset. Piszę o tym, bo sama zawsze szukałam podobnych historii w internecie, aby poczuć, że nie jestem z tym syfem sama- ale było ciężko bo mało kto się przyznawał.
A ja czuję, że jeśli dalej będę ukrywać to nigdy w pełni nie wyzdrowieję.
Dlatego będę tutaj czasem wspominać jak mi idzie i będę bardzo szczęśliwa, jeśli ktoś te moje wypociny uzna za pomocne.

I dotarło do mnie, że mam wielką chęć powrotu na terapię…:)

Klem, klem:)


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *