Bez plastiku,  zwykłe życie

Po co zmarłym plastikowe kwiatki?

Jezu ile ja się napłakałam zawsze, ile stresowałam przed tym dniem, ile razy zamulona siedziałam i myślałam jaka pokrzywdzona przez los jestem, bo zamiast iść z mamą na cmentarz. idę sama i to na jej grób.
Teraz myślę, że to taka drama trochę była, że miałam potrzebę poużalania się i popłakania, a Wszystkich Świętych jest jakby nie patrzeć idealną okazją ku temu.
Na szczęście to już przeszłość, już nie płaczę i nie myślę obsesyjnie o różnych przykrych czy nie przykrych datach.
Za to myślę o tym, że co roku mamcia jest pewnie wkurzona Tam Na Górze i ja jej się wcale nie dziwię!
A wiecie czemu moja mama się złości patrząc z góry na cmentarz?

Nie pamiętam ile dokładnie miałam lat i jak długo to trwało ale gdy byłam dzieckiem Święto Zmarłych kojarzyło mi się z wcześniejszym zbieraniem zniczy z cmentarza. Tak, rzeczy z cmentarza przynosiło się do domu i nie, nie baliśmy się, że to przynoszenie ze sobą śmierci (taki jest podobno przesąd xD). Znicze, głównie takie małe, z brązowego grubego szkła, myliśmy i zalewaliśmy woskiem. Kopalnia wosku znajdowała się na strychu i ja nie mam pojęcia co to był za wosk, skąd on się tam wziął i ile miał lat ale pamiętam, że przynosiło się wielkie bryły i topiło w starym garze na piecu. Kręciło się knoty (nie pamiętam z czego ale te włókna miały specyficzny, przyjemny zapach) i nad rozłożonymi stronami kieleckiego Słowa Ludu napełniało szklane znicze dając im drugie życie. Wosk kapał na gazety a ja go potem odlepiałam i próbowałam odczytać odciśnięty na nim druk:) W całym domu pachniało woskiem, knotami i starymi gazetami a nie yankee candle czy voluspą.
Ach no i mama wyganiała mnie z bratem do lasu! Szliśmy z wielkim worem po mech na wianuszki. Potem mama siadała na środku kuchni, wykładała mech wokół siebie i produkowała zielone cuda na kółkach z brzozowych gałązek. Takie wianuszki dekorowała tylko białym suszem, nie mam zielonego pojęcia jak to się nazywa, do tego jedna kokarda, plastikowa ale najczęściej z odzysku ze starych prezentów itp. I tyle.
Potem targałam z mamą te wianuszki i znicze na cmentarz, trzy i pół km piechotą.
I wiecie co? I to było zajebiste. I czułam, że to są szczególne dni, że faktycznie myśli się i robi coś dla zmarłych- a miałam wtedy z 8-12 lat!
1 listopad pachniał woskiem, mchem, chryzantemami i gałązkami.
Teraz pachnie topiącym się plastikiem i tandetą.

Mamy też od kilkunastu lat z moją naj “psiapsi” Martą taką naszą tradycję- wieczorny spacer na cmentarz. I idziemy te prawie 4 km i gęby nam się nie zamykają, a potem grzejemy się i wdychamy substancje smoliste z setek światełek. Plastik plastikiem, do tego sztuczne stroiki i inne badziewia, ale widok wieczorem jest niesamowity.
Co prawda ostatni raz na Wszystkich Świętych w Polsce byłam chyba 3 lata temu ale wiem, że ta nasza tradycja nie umrze. Będziemy łazić tak obładowane dziećmi a potem podpierając się laskami.
Przy okazji wykształciłyśmy nową, zastępczą tradycję- Marta wysyła mi zdjęcia grobu mamci i dziadziusia i obie obgadujemy jak tandetnie wyglądają. No bo jak kocham babcię i ciocię nad życie, tak nasze gusta się kompletnie nie pokrywają. I potem dzwonię do nich i mówię, że tak tak, Marta wysłała mi zdjęcia, tak tak, pięknie jest…a w myślach już planuję jak to cudownie będzie jak wrócę na stałe do Polski i sama będę mogła zatroszczyć się o świeże kwiaty, ceramiczne znicze i…i może nawet nauczę się robić mamine wianuszki?
I wiem, że mama też nie jest zadowolona z tego sztucznego syfku, ona lubiła skromne, naturalne dekoracje, nie liczyła się ilość tylko jakość…
Ale dużo się teraz dzieje, ludzie stają się coraz bardziej świadomi i wierzę, że natura wróci na cmentarze. Bo jeśli kiedyś się dało to nikt mi nie powie, że teraz się nie uda!

…..

A tak poza tym to w Norwegii jest dziś dzień jak co dzień. Jedyna różnica jest taka, że dzieciaki nażarły się wczoraj słodyczy łażąc po domach, bo helołyn staje się tutaj z roku na rok coraz bardziej popularne (aż do przesady moim zdaniem)
Ja mam dziś teoretycznie wolne, dlatego też zalegam na kanapie i teraz tutaj piszę. W praktyce jednak moje wolne wyglądało tak, że rano odwaliłam “fuszkę” czyli krótkie sprzątanie jednego mieszkania niedaleko mnie, potem sprzątanie swojej piwniczki, robienie hummusu, sosu pieczarkowo-boczniakowego, że o dwóch chlebusiach wyrastających właśnie w łazience na podłogówce nie wspomnę.
Teraz jest prawie 14 a ja się głowię jak tu i kiedy iść spać bo o północy muszę wyjść do pracy xD.
No także ten….
Dobranoc:);)

Klem, klem:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *