O nas

Lęki i fobie

Pierwotnym tytułem była po prostu “wycieczka”, ale w trakcie pisania stwierdziłam, że nijak tytuł ten nie oddaje przeżyć wczorajszego wypadu za Oslo.
Emocje powoli opadają ale nadal uważam, ze to była dla mnie momentami istna tortura.
No bo ja nie wiedziałam! Bo ja myślałam, ze to taka zwykła lekka wycieczka będzie z pięknymi widokami w tle…

Mørkgonga, Tak się zwie nasze miejsce docelowe. W sumie nie wiem czy to nazwa rejonu czy tylko tej wielkiej skały, którą zobaczycie na fotkach ale to nie ważne. Leży sobie ta Mørkgonga około 50 km od Oslo i jest warta odwiedzenia choćby dla samej czadowej fotki na insta. Do tego widoki nieziemskie, lasy wspaniałe, a norweska przyroda zachwyca zawsze.
Nie będę się dokładnie rozpisywać co do “co? gdzie? jak? i za ile?” bo sama te dokładnie informacje znalazłam na świetnym blogu Sylwii Kierunek Norwegia , dlatego przekierowuję spragnionych wiedzy do niej.

Wycieczka jak najbardziej udana ale nigdy jej nie powtórzę. Why?
Ano przez moje lęki i fobie właśnie.
Ja nie wiem co mnie w góry ciągnie jak ja się boję potem spojrzeć w dół. Albo nie tak, mogę spojrzeć w dół gdy mam stabilne oparcie, barierkę itd. Ale góry uwielbiam więc poszłam i tym razem. Wybraliśmy krótszą ale bardziej stromą trasę z myślą, że najwyżej trochę bardziej się zmęczymy ale będziemy szybciej u celu. Tylko nie zdawałam sobie sprawy, że to będzie TAKIE wchodzenie pod TAKĄ stromiznę. W trakcie wspinaczki nie dało się już zawrócić (a co ja bym dała żeby zawrócić!) bo zejście w dół wydało mi się jeszcze gorsze, przecież ja nie mogę patrzeć z wysoka! A wspinaczka w moim wykonaniu to było wpełzanie. Teren nachylony pod kątem minimum 75 stopni, ruchliwe, odrywające się kamienie, czasem zero wsparcia na pionowej ziemistej lub skalnej powierzchni a co chwilę dało się słyszeć jak ktoś przed lub za nami (bo chętnych jednak nie brakowało) osuwał się z luźnymi kamieniami trochę mniej lub bardziej w dół. Dla mnie to był dramat i klęłam pod nosem tak, że aż sama się siebie potem wstydziłam. I swojej głupoty przy okazji też, bo po co ja tędy szłam, przecież było napisane, że możliwe osuwiska kamieni, i że idzie się na własną odpowiedzialność…
No dobra no, udało się, potem było strome przejście wąwozem, ale tam już łańcuchy były więc odsapnęłam psychicznie i ostatni odcinek pokonałam szczęśliwa, że jest się czego złapać.
A potem zobaczyłam widok i stres ze mnie opadł już całkiem. Warto było! Istna rzeź dla moich nerwów ale było warto.

Ale to nie był koniec, bo jak się już wpełznie na Mørkgonga to rzut beretem jest Gyrihaugen, szczyt z kolejnym pięknym widokiem. Tutaj droga już fajna, nauczeni doświadczeniem wybraliśmy jednak dłuższą i prostszą trasę. Na górze pojedliśmy, popiliśmy, wygrzaliśmy się na słonku i ruszyliśmy w drogę powrotną, która miała iść najpierw tym bardziej stromym ale krótszym szlakiem z Gyrihaugen, a potem dłuższym i łatwiejszym z Mørkgonga (bo ja już się nawet zbliżać do tej trudniejszej trasy nie chciałam)
No i znowu stromy okazał się bardzo stromy, znowu trochę pełzłam i przeklinałam ale skoro piszę tu teraz to znak, że przeżyłam.


Potem znowu adrenalina skoczyła bo jest jeszcze coś, poza wysokościami, czego panicznie się boję. Gotowi na ryknięcie śmiechem? Tadadam…
Panicznie boję się mrówek.
Tak, mrówek, a ściślej rzecz ujmując mrowisk i wszelkich mrówczych skupisk. Nie, nie boję się jednej mrówki, ale jedna mrówka oznacza, że gdzieś jest i mrowisko i może ja na to mrowisko zaraz wlezę.
A w Norwegii mrowiska są większe ode mnie.
W drodze powrotnej prawie wlazłam na dwa mrowiska, ale że oba zauważyłam jak już przeszłam obok, to było tylko uff i radocha, że już są za mną.
A potem było strome zejście i one (mrówki- przyp. red.) sobie zrobiły ścieżkę na naszej ścieżce. “Jezu Mrówki! Czemu one tu sąąąąąą!!!” i bezcenna odpowiedź Adama odskakującego na bok aby utorować drogę uciekającej Magdzie: “Bo one tak sobie tutaj żyją”. No serio? Przecież wiem xD Ale gdy ma się atak paniki to się wykrzykuje różne dziwne i irracjonalne rzeczy przecież. I minęliśmy te mrówki i ja na chwilę odetchnęłam ale wiecie co? Okazało się, że pomyliliśmy trasę i musieliśmy wracać na górę. I ja znowu musiałam iść po tych mrówkach…
Tak, siedzę w mojej piwnicy, w naszym sypialnio-salonie, piszę ten tekst a Adam siedzi 2 metry ode mnie- czyli przeżyłam, oboje przeżyliśmy:) Potem było tylko jeszcze jedno 2-metrowe mrowisko, które obeszłam szerokim łukiem z chytrym uśmieszkiem pt: “hehe widzę cię skurw..czysynku wielki, nie wlezę na ciebie”, i sielankowe wręcz zejście te ostatnie 2 kilometry z czaderski widokiem na fiord.
No heppiend.

Czyli podsumowując polecam bardzo! Ale jeśli masz takie wysokościowe schizy jak ja to wybierz dłuższe i łatwiejsze trasy, a jeśli masz mrówkofobię to…nie, nie wierzę aby był gdzieś drugi taki świr jak ja xD

To była łatwa część trasy
Daj aparat zrobię ci zdjęcie…W sumie kaftan bezpieczeństwa by mi się przydał…
Adam ma niesamowite wyczucie sytuacji do robienia zdjęć xD
Tu zaczyna się mój dramacik choć kamienie jeszcze nie są zbyt luźne
Ale widok za mną przekonał mnie, że na górę może jeszcze wlezę, w dół tylko zjadę po tych kamieniach. Potem już musiałam schować aparat żeby go nie rozbić o skały xD Zdjęcie nie oddaje “pionowości” podejścia i ilości luźnych kamieni xD
No dobra, warto było
Skoczyć czy nie?
Ale ta skarpa jest wyższa niż sie wydaje…
To dla takiej foty ludzie tutaj włażą i ja oczywiście też chciałam być kul ale wyszło jak wietrzenie pach.
Ewentualnie taniec Kleopatry
next stop
Gdy ktoś mi każe pozować…
Sałatki w takim miejscu jeszcze nie jadłam
Szczyt hardkoru w moim wykonaniu, usiadłam na kamieniu 2 metry nad ziemią…
I kolejne strome zejścia ale przynajmniej bez osuwiska kamieni xD
Ostatni odcinek trasy wynagrodził nas widokami i ukoił moje nerwy po spotkaniu z mrówkami…
Steinsfjorden
5 godzin, piękna pogoda, 10 kilometrów, 133 piętra. 
Taka sobota:)

Klem, klem")

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *