Co jem,  O nas,  zwykłe życie

Fascynujący dzień z mojego życia

Kiedy wstaję o 4:30 do pracy myślę sobie jak by to było fajnie posiedzieć trochę w domu. Ile zaległości bym nadrobiła! Dzień zaczęłabym od czytania, potem przerobiłabym w końcu kurs od Pani Swojego Czasu, który kupiłam już ze 3 tygodnie temu…, potem pouczyłabym się norweskiego, poćwiczyłabym, może pobiegała. Do tego oczywiście pyszne, wymyślne śniadanko, kawa wypijana niespiesznie w ulubionej filiżance, ale przed tym wszystkim oczywiście ciepła woda z cytryną…

Tak wyglądają plany. Ale jak już mam taki wolny dzień to okazuje się, że śpię do 9, potem godzinę wiszę na telefonie przeglądając insta, grupę “budowa domu” na fejsie, pinteresta…Wstaję i jest 10 i tak mi się chce pić, że nastawiając ekspres na kawę nalewam sobie szklankę wody z kranu i wypijam bez cytryny, bo na cholerę mi ona jak mi się chce pić już, teraz, szybo.
Zabieram moją kawę z resztką Oatly barista i kapką mleka kokosowego, które zaraz się psuć zacznie, siadam na kanapie i planuję co dziś zrobię. Powinnam poćwiczyć, pouczyć się i zacząć kurs…ale nie chce mi się tego robić dlatego wmawiam sobie, że nie mogę ani ćwiczyć, ani uczyć się, ani rozpoczynać kurs, jeśli mam bałagan w szafkach. No to zaczynam robić wielkie porządki.
Dzień wolny to przecież dzień na porządki! Jak już poukładam wszystko w szafkach i na półkach to wtedy będę mogła w spokoju poćwiczyć, pouczyć się i zacząć kurs…
Dziś jestem dla siebie łaskawa, zaplanowałam porządki tylko w szafkach z jedzeniem.
Ubrania i kosmetyki układałam gdy miałam wolne poprzednim razem i jeszcze nie zdążyłam nabałaganić w nich tak, aby ewentualny nieład zaburzał mi harmonię niezbędną do ćwiczeń, nauki i rozpoczęcia kursu.
Ale w szafkach z jedzeniem jest strasznie, muszę to posortować, poukładać. Niepewność ile czego mam, ile z tego jest do wyrzucenia i czego ewentualnie mi brakuje sprawia, że nie potrafię skupić się na nauce, na ćwiczeniach, że o kursie nawet nie wspomnę!

Jak zwykle gdy wywlekam puszki, słoiczki, woreczki, torebki i tonę innych chomikowanych zapasów, jestem przerażona ich ilością. No bo owszem, ostatnio wiórki kokosowe dodaję do wszystkiego, ale po co mi aż 3 paczki?
Ja rozumiem w Polsce, na naszej wiosce 30 km od Kielc, gdzie do najbliższego słabo zaopatrzonego sklepu mamy 4 km, ale w Oslo do centrum handlowego mam raptem 6 minut spacerem…
A ile rzeczy musiałam znowu wyrzucić…wstyd.
Użyłam mąki kokosowej raz w życiu, wypiek się nie udał i już nie mam ochoty próbować ale kupiłam 3 kg…i tak co sprzątanie to jednej torby się pozbywam bo data minęła lub opakowanie zawilgło.
Albo taki amarantus, przekładałam go z miejsca na miejsce nie mając pojęcia co z niego zrobić, bo kiedyś gotowałam i mi nie smakował. Dziś przełożyłam go w nowe miejsce- do kosza, bo odkryłam, że go tak już ze 4 lata przekładam i się “troszkę” stary okazał.

Kiedy już podniosłam się z dna i przyznałam sama przed sobą, że cierpię na najgorsze stadium chomikowania i konsumpcjonizmu i to się mocno kłóci z moim postanowieniem wprowadzenia w życie minimalizmu, kiedy oczyściłam przestrzeń ze starych, zatęchłych produktów, kiedy pozbyłam się wyrzutów sumienia z powodu wyrzucania jedzenia i obiecałam poprawę, czyli koniec z gromadzeniem zapasów…uświadomiłam sobie dwie rzeczy:
1: Że po posprzątaniu moja szafka wygląda dokładnie tak jak przedtem (ale mam świadomość, że została “oczyszczona”:)
2: Że jest po 11 a ja umieram z głodu i muszę zjeść coś już, natychmiast!

Złapałam słoik jogurtu kokosowego, który sama niedawno zrobiłam, wrzuciłam do tego trochę domowej burchy, czyli mixu pestek, orzechów i bakalii i zjadłam szybko, na stojąco, planując nalot ze ścierką na kolejną szafkę z kaszami i makaronami. Jak już skończyłam i słoik wrzuciłam do zlewu, przypomniałam sobie, że miałam się delektować, że miałam udekorować ten wykwintny posiłek i najlepiej cyknąć sobie jeszcze fotę z moim jogurtem hasztag #hołmmejd i #slołmornings…
Ale ja już myślami byłam przy segregacji makaronu ryżowego, kaszy owsianej i 3 kolorów komosy.
Ale obfociłam za to szklankę, którą potłukłam przesuwając te cholerne makarony. Ikeo, rest in peace.

A teraz porcja zdjęć do tekstu:

między makaronami i kaszami znalazłam też 2 kieliszki, spodeczek do mojej filiżanki i stalowe pudełeczko, w którym noszę orzechy, a którego nie mogłam długo znaleźć bo leżało za komosą w górnej szafce zamiast pod zlewem xD
Przykro mi, lubiłam ją, kosztowała całe 9 koron ze 4 lata temu. Resztki oczywiście trafią do kosza na szkło.
A oto i amarantus!
Po sprzątaniu…nadal bałagan ale ja wyczuwam oczyszczenie xD

No, jak już poukładałam wszystko i poczułam się wewnętrznie bardziej uporządkowana i uspokojona, przyszła pora na kolejną kawę, ale żeby się jej napić musiałam sobie zrobić mleko.
Migdałowe. Uwielbiam. Pomimo tego całego pierdolniku, który się wytwarza podczas produkcji.
Jako jedna z pierwszych osób na świecie postanowiłam udokumentować ten pierdolnik, a nie tylko pokazywać piękne śnieżnobiałe mleczko w wypucowanej kuchni. Postawiłam na prawdę! Na autentyczność! xD

Kiedy ogarnęłam już syf po mleku i zasiadłam z kawą na kanapie, otworzyłam kurs od Pani Swojego Czasu i stwierdziłam, że nadszedł ten moment kiedy to kurs rozpocznę.
No i zalogowałam się i nawet wstęp przeczytałam, ale moje myśli zaczęły błądzić po kuchni i po resztkach migdałowej pulpy po mleku, a wzrok mój padł na książkę Eryka ErVegana, która leżała obok mnie, a potem na szufladę, w której przed godziną poukładałam piramidkę gorzkich czekolad najpyszniejszych z biedry 85% kakao i przypomniałam sobie o resztkach mleka kokosowego, które rano użyłam do kawy i które zaraz się zepsuje, a ja przecież nie mogę już więcej jedzenia wyrzucać!
Uff.
Rzuciłam kurs i pobiegłam do kuchni robić “orzechową kostkę z czekoladą” w mojej interpretacji, czyli pulpa migdałowa, płatki owsiane, melaska karobowa i tona masła orzechowego, a na wierzch najpyszniejszy krem z biedronkowej czekolady i uratowanego mleka kokosowego. Tylko orzeszków ziemnych do dekoracji brakło, bo jak ostatnio kupiłam 4 paczki na zapas i zjedliśmy je w tydzień, to mój tyłek postanowił już wtedy sprzeciwić się kupowaniu czegokolwiek na zapas.
Deser gotowy trafił do lodówki i żałowałam, że nie mam skrzata domowego z Hogwartu coby mi posprzątał…

W internetach te przygotowania zawsze takie ładne są nie?
I te zdjęcia takie wymuskane…
A w tle pierdolnik jak zwykle xD
A przepraszam, nie tylko w tle, wszędzie xD

No i jak już sobie znowu blaty wysprzątałam na błysk i wszystkie okruszki z podłogi zmiotłam (nienawidzę okruszków i odkurzania dlatego zamiatam podłogi tak ze 2 x dziennie przyp. red.) to postanowiłam powrócić do kursu ale zauważyłam, że mój pogryziony kabel od ładowarki się delikatnie wysunął i komp się wyłączył.
Włączenie go zajmie mi całe 2 minuty, pomyślałam, lepiej pójdę w tym czasie szykować obiad, coby go mieć zrobionego wcześnie i móc wrócić do kursu i może nawet pouczyć się zanim wróci Adam…
No i poszłam mielić ziemniaki i lepić kluchy śląskie. I tu nie ma w sumie wiele do komentowania, każdy pojmuje zajebistość tej potrawy, kluchy to taki level superior, zupełnie jak moja skrobia ziemniaczana. Tak w ogóle to mam tej skrobi 4 paczki…ale to akurat zapas całkiem usprawiedliwiony, bo w Polsce kosztuje 2 zł a w Oslo 15 xD
Tak, tłumaczę się, sama przed sobą.


A w ogóle to ja w kuchni jestem miszczem, miszczem multitaskingu. Bo jak ja układałam na tych moich nieszczęsnych półkach i mleko kręciłam i co tylko, to jeszcze ziemniaki gotowałam na kluski i wiadro zielonego grochu. Ten groch kupiłam z 5 lat temu, nie wiedziałam co to, bo w Polsce nigdy nie widziałam zielonego grochu, ale kosztowało z 5 koron za 400 gram więc kupiłam. Często tak mam (miałam! To przeszłość! Przyp. red), że kupowałam coś bo było tanie, a dopiero potem zastanawiałam się co z tym zrobię. No i z tym grochem to zastanawiałam się z 5 lat. Już nawet nie sprawdzałam daty jak go wczoraj wygrzebałam w szafce, bo i po co, wiadomo, że stary ale suchy to może się nada. A do czego? Nie wiem, bo jak w internetach wpisywałam to tylko ten natrętny zielony groszek, a nie groch wyskakiwał.
Ale ugotowałam cały gar, spróbowałam i całkiem mniam. I zaraz przed oczami stanęły mi te maciupkie słoiczki z pastami kanapkowymi po 6-7-8 złotych za 150 gram (no chyba, że biedronkowa, to za 3 zeta), albo taka wielka nowość w Norwegii, “Plantego” z papryką, cieciorką i awokado, 30 koron za 2 łyżki. Bo oni tutaj zieloni w takie pasty i to dopiero nowość na rynku i bardzo się tym jarają tutejsi roślinożercy. Gdyby zobaczyli jaki wybór mamy w pierwszym lepszym Społem to by się posikali.
Tak wspominam, gdyby to kogoś przypadkiem obchodziło.
A wracając do mojego wiadra grochu zielonego to po raz trzeci tego dnia odpaliłam mój wspaniały blender Magimix 5200 cośtam (poudaję, że jestem popularną blogerką i ktoś mi ten sprzęt dał za darmo w zamian za reklamę a nie, że sama wydałam te paręnaście stów…) i zabrałam się do przygotowywania wiadra pasty kanapkowej.
Dawałam dosłownie co mi wpadło w ręce: kumin, majeranek, czosnek, pieprz, znowu kumin i znowu majeranek…Postanowiłam wejść nawet na wyższy lewel i cebulę podsmażyłam na takim aromatycznym oleju po pomidorach suszonych (zero waste, wiadomo) i znowu majeranek i wiency soli i koperek i…i kurde poczułam się jak Marta Dymek bo wyszło genialne.
I jak już euforia z wymyślenia tak wybitnego przepisu opadła to zaczęłam się zastanawiać czy mogę stanąć na ulicy i tym handlować, bo jak ja niby zjem sama wiadro pasty z zielonego grochu z kuminem, majerankiem, czosnkiem, koperkiem, że o cebuli podsmażanej na oleju po suszonych pomidorach nie wspomnę…
Pomyłam znowu wszystko, posprzątałam, obfociłam moje piękne kluski i już miałam wrócić do porzuconego kursu…
Ale sobie przypomniałam, że mój dzisiejszy kuchenny multitasking miał jeszcze szerszy zasięg niż zwykle i nastawiłam do wyrośnięcia dwa bochny chleba pszennego na żytnim zakwasie własnej produkcji. Leżały sobie w foremkach w łazience i to już był ich czas na pieczenie!
Nastawiłam piekarnik i poszłam po chlebki do łazienki i mnie olśniło. Bo jak ja muszę czekać aż się piekarnik rozgrzeje, to przecież mogę zrobić coś, czego nie robiłam od miesięcy, czyli nałożyć sobie maseczkę na włosy z takich wypasionych ziółek czyli maki i czegoś, czego nawet nie pamiętam, a nie chce mi się iść i sprawdzać teraz.
Nie no ja wiem, ćwiczenia, nauka i kurs ale przecież to zajmie tylko chwilkę!
O i moja orzechowa kostka z czekoladą już stężała, ukroję sobie!
I chlebki w piekarniku, muszę tam stać i ich pilnować przecież.
A teraz włosy muszę umyć…
O. I wrócił Adam.

Ty, no i jakoś tak samo się to stało.
No bo nauka, bo kurs, bo ćwiczenia, bo od tygodni sobie powtarzam, że to takie niesamowicie ważne jest…że jak tylko będę mieć wolny dzień to od rana z książkami, z Olą Budzyńską i z matą do jogi…a tu patrz jak wyszło.

Bo ja jestem miszczem, miszczem kuchennego multitaskingu, miszczem chomikowania i miszczem odkładania na później.
Niech mnie ktoś pocieszy i powie, że nie jestem sama. Ale w sumie, odwaliłam kawał dobrej i przede wszystkim smakowej roboty dzisiaj. Może już czas przestać zmuszać się do czynności, na które nie mam po prostu ochoty i zająć tym co sprawia mi radość, nawet jeśli jest to syzyfowe sprzątanie, kluski śląskie i pasta z 5-letniego zielonego grochu 😉



Klem, klem:)

6 komentarzy

  • Laura

    Jeny, ale się ubawiłam czytając Twój post. Normalnie powiedziałabym, że dzień jak mój, tylko ja zamiast gotować to zalegam na kanapie XD Ale te wyobrażenia o tym, że wszystko będzie piękne i instagramowe. Zawsze chce mieć poranek jak te youtuberki od my morning routine, a potem kończy się na wodzie z kranu bez tej cholernej cytryny i rozpapcianej owsiance bo nie chce mi się układać tych owocków ładnie. No czasem tak zrobię i dodam cos na media społecznościowe ale to za mało, żeby mi ktoś zaczął za to płacić XD
    Bardzo mi się podoba sposób w jaki piszesz i szata graficzna bloga, będę częściej zaglądać 🙂

    • magdalena

      Dzięki Laura! Ano ja właśnie postanowiłam pokazywać bardziej to jak to życie faktycznie wygląda a nie jak kreują je media społecznościowe bo to się staje chorobą naszych czasów. Sama zaczęłam się dołować widząc te słitaśne profile itd a tak nie może być! Nasze życie nie jwst gorsze bez tej wody z cytryną przecież :):*

  • Magda Niebo na Językach

    Świetny post! Jak ja Cię rozumiem w kwestii wielozadaniowości w kuchni. Nie potrafię wyjść po zrobieniu jednej rzeczy … I ten wieczny bałagan, który sam się robi po gotowaniu. Jedyne co to już nie kupuję wielkich zapasów, bo strasznie mnie wkurzało takie odkrywanie rzeczy blisko końca daty ważności lub po niej … Za to cała reszta piona!! ❤️

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *